O wolontariacie w Thom’s Pai Elephant Camp IMG_2432 Full view

O wolontariacie w Thom’s Pai Elephant Camp

Dwa dni temu zakończyłam mój 1,5 tygodniowy wolontariat w wiosce słoni, w Tajlandii. Szczerze powiedziawszy nigdy nie było to moim jakimś wielkim marzeniem. Nie wizualizowałam sobie mnie na słoniu. Kiedy moja przyjaciółka Kinga parę lat temu powiedziała mi, że chce wybrać się w takie miejsce, pomyślałam, że może to być ciekawe przeżycie. Parę miesięcy temu postanowiłam, że dołączę do Kingi podczas ostatniego miesiąca jej podróży i wspólnie pojedziemy pracować ze słoniami. Kinga wybrała wioskę Pai w Tajlandii z racji tego, że za wolontariat w tym miejscu płaci się trochę ponad 800 złotych za dwa tygodnie, podczas, gdy w Indiach za tydzień trzeba zapłacić około 500 dolarów. Poza tym aspektem, z internetu dowiedziałyśmy się, że w tej wiosce słonie są dobrze traktowane, a turyści nie jeżdżą na nich w koszach (co potrafi być krzywdzące dla słonia). Muszę przyznać, że przez pierwsze parę dni nie czułam się zbyt komfortowo. Nie do końca wiedziałam co powinnam, a czego nie powinnam robić na terenie obozu. Nie spodziewałam się swojej odwagi w stosunku do słoni. Wcześniej myślałam, że będę przerażona, bo to przecież takie wielkie i ciężkie zwierze. Już pierwszego dnia dałam się opleść trąbą wokół pasa i podnieść kilka metrów nad ziemie:) Okazało się, że jedna ze słonic o imieniu Ot robi to po to, żeby dostać jedzenie. Przenosi wolontariuszy bliżej miejsca, gdzie gromadzone są bambusy a później wyciąga trąbę po gałęzie. O tak:IMG_2451  Czas przedstawić Wam nasze „dziewczynki” : IMG_2435Od lewej: Ot (najbardziej chętna do zabaw), Pompem (skryta dama) i Tatdau (najwyższa i czasem bardzo uparta).

Pierwszego dnia zostałyśmy oprowadzone po campie przez innych wolontariuszy. Powiedzieli nam też, że życie tutaj toczy się bardzo powoli, jest dużo czasu na drzemki i czytanie książek. Pomyślałam wtedy „Czy tutaj w ogóle będzie trzeba pracować”? Odpowiedzi udzieliłam sobie podczas pierwszej wyprawy po bambusa dla słoni. Razem z jednym z Mahoutów (opiekun słoni), ubrani w spodnie i bluzy z długimi rękawami w dużym upale, ruszyliśmy do boju. Razem z Kingą i dwiema Niemkami (które za tą atrakcję musiały zapłacić) przez 2 godziny ścinaliśmy i nosiliśmy gałęzie bambusa. Po co były nam długie rękawy przy tak wysokiej temperaturze? Bambus ma to do siebie, że lubi ciąć i wbijać się w rozgrzane i spocone ciało, szczególnie w dłonie i przedramiona. Było dosyć ciężko. Dwa dni później okazało się, że może być gorzej. Jeśli wycieczka odbywa się około południa, bambusy trzeba nosić przez rzekę, a wolontariuszy nie ma na tyle, żeby sprawnie zorganizować cały proces to robi się naprawdę wymagająco. Tę atrakcję uznaję za najbardziej wymagającą część tego wolontariatu. Przejdźmy do przyjemniejszych rzeczy:) Do naszych obowiązków należało również karmienie słoni, sprzątanie po nich (co okazało się nie tak straszliwe jak sobie to wyobrażałam) a także przebywanie z turystami. Pokazywaliśmy im różne sztuczki, które słonie robią w celu pochłonięcia dużych ilości bananów:) Część turystów  była mocno przerażona stojąc przy zagrodach słoni. Najbardziej krzykliwym narodem okazali się Chińczycy. To, jakie larmo robili czasem wokół słoni, przechodziło ludzkie pojęcie. Do pewnego czasu jako wolontariuszki mogłyśmy towarzyszyć turystom w trakcie wycieczek nad rzekę. Tam rozpoczynała się cała zabawa. Słonie wchodziły do wody z turystami na grzbiecie i na komendy Mahoutów robiły różne akrobacje. Chodziło o to, żeby turysta nie wrócił z rzeki suchy:) Podrzucanie, zrzucanie, pryskanie- wszystkie chwyty dozwolone:) I tutaj chińska nacja okazała się najbardziej ostrożna, ale mają do tego pełne prawo. My natomiast, dzięki uprzejmości niektórych turystów uczestniczyłyśmy w mokrej zabawie ile tylko się dało! Zobaczcie!

Kontakt z klientami był jedną z moich ulubionych czynności. Poznałam naprawdę ciekawych ludzi z całego Świata. Jedni klienci byli tak zadowoleni po naszej wycieczce, że z wdzięczności kupili mi piwo i zaprosili do rozmowy:) Mogłam między innymi wypytać o to, jak to jest żyć na Teneryfie i jak prowadzi się tam biznes. To były naprawdę fajne chwile. Parę dni przed moim wyjazdem camp odwiedziła policja i zakazała nam rozmów z klientami. Uważają oni, że jako wolontariusze zabieramy miejsca pracy Tajom. Fakt jest taki, że opiekunowie słoni nie mówili na tyle po angielsku, żeby przeprowadzić jakąś dłuższą i bardziej wnikliwą rozmowę z turystami. Wniosek jest prosty: albo nauka języka stanie się fundamentem dla obywateli, albo dalej będzie tak jak jest.

Jak wygląda dzień dla słoni? O 6;30 opiekunowie słoni sprowadzają je z gór do wioski. Od godziny 8 do 17 w zależności od ilości turystów słonie uczestniczą w wycieczkach (w góry i nad rzekę) i odpoczywają. Wraz z ich opiekunami i turystami napełniamy ich duże brzuchy bambusem, bananami, kokosem, arbuzem itp. Dziennie przyjmują około 250 kg pokarmu, także moja wstępna obawa, że je przekarmię była nieuzasadniona:)  Po 17 razem z trzema Mahoutami odprowadzamy słonie w góry, gdzie śpią i dalej jedzą:) To wesoła cześć dnia dla wolontariuszy: możemy samodzielnie jeździć na słoniu, próbując używać podstawowych komend. Oczywiście dla naszego bezpieczeństwa zawsze obok słonia idzie jego opiekun.

Co działo się w czasie wolnym? To była prawda: było spanie, było czytanie i sporo czasu dla siebie. Miałyśmy do dyspozycji skuterek, którym można było udać się na wycieczkę wokół miasteczka. Pod koniec mojego pobytu w wiosce pojawił się mały szczeniaczek o imieniu Sandra, którą się opiekowaliśmy. Oto ona:P1010473

Wieczorami po kolacji wspólnie z pracownikami i innymi wolontariuszami piliśmy piwo, rozmawiając o ciekawostkach dotyczących naszych krajów. Towarzystwo było międzynarodowe:) Amerykanie, Brytyjczycy, urocza Kanadyjka z dwoma synami, Niemka (która zaległa w wiosce na kilka miesięcy), szalony Hiszpan i my:) Mniej więcej co dwa dni wybieraliśmy się do miasteczka (oddalonego o kilka kilometrów od campu). Czas mijał nam na drinkowaniu, jedzeniu i graniu w beer ponga:)

Podsumowując: jestem bardzo zadowolona! Uważam, że słonie w tej wiosce są traktowane dobrze. Nie są przypinane w ciągu dnia łańcuchami. W nocy natomiast mają jedną nogę przypiętą do kilkunastu metrowego łańcucha tak, aby móc się swobodnie przemieszczać. Oczywiście część ludzi uważa, że atrakcje takie jak wioski słoni nie powinny istnieć. Byłoby wspaniale gdyby powstało wystarczająco dużo miejsc, gdzie słonie byłyby bezpieczne, nie musząc pracować i nie będąc zagrożonym działaniem kłusowników. Tak niestety w Tajlandii nie jest. Słonie to duży biznes dla tego kraju, taki jest fakt. Dla nas ważne było znalezienie odpowiedniego miejsca, gdzie te piękne zwierzęta są traktowane z szacunkiem. Uważam, że to się udało. W trakcie ostatnich kilku dni poczułam się częścią tej wioski, a pracownicy i inny wolontariusze stali się moją rodziną. Było mi smutno, że wyjeżdżam. Będzie mi brakować uroczych słoni i poznanych w wiosce ludzi. Będzie mi brakować smutnych, tajskich piosenek, granych wieczorami na gitarze przez uroczego Kenga. Będzie mi brakować spokoju i symbiozy tego miejsca, a także przepysznych potraw przygotowywanych z organicznych warzyw przez rozpromienioną Ae. Mam nadzieję, że kiedyś tam powrócę, a słonie będą mnie pamiętać:)

Dla tych, którzy chcą przeżyć podobną przygodę zapraszam: http://www.thomelephant.com/

🙂 Szczęśliwiej!