Padnij! Powstań :)

Cześć Wszystkim !

To będzie post o rodzącej się sile własnej i wspierającej mocy przyjaźni 🙂 Mam za sobą dosyć intensywne 1,5 miesiąca walki z samą sobą i nauki do egzaminu magisterskiego. Jak okazało się w niektórych przypadkach to nie, aż taka formalność. Czasem wydawało mi się, że obojętnie jakie wyzwanie mam przed sobą to jakoś „urokiem osobistym” i komunikatywnością uda mi się wygrać. Tym razem w listopadzie życie utarło mi nosa. Trzeba była się zaprzeć i walczyć po raz kolejny. Albo odpuścić i wmówić sobie, że bez magistra jesteś tak samo przebojowa i gotowa na rozwój zawodowy.

I w tym momencie kiedy myślałam o tym, żeby kolejną próbę dokończenia studiów odwlec w czasie- czytaj PODDAĆ SIĘ, ktoś mądry przy kawie zdradził mi pewną ważną zasadę. ” Ola jeśli teraz się poddasz to pokażesz sobie, że nie radzisz sobie z trudnymi sytuacjami, że wtedy najlepiej jest uciec. Jeśli raz wprowadzisz w swoje życie taki mechanizm to będzie się on powtarzał w przyszłości. W biznesie, życiu prywatnym, w każdej innej dziedzinie.” Te słowa bardzo mocno utkwiły mi w głowie. Czyli, że ja na początku mojego dorosłego życia mam sobie pokazać, że jestem słaba, że wycofuje się bo przecież mi ten mgr nie jest potrzebny? Oj nie!I właśnie wtedy zdecydowałam! Ok, zbieram się w sobie i zakuwam. Wiem, że część osób, które to czyta myśli pewnie, że robię z tego wielką sprawę a z siebie bohaterkę. Nawet jest taki kawał. Stań na środku rynku w Krakowie i zawołaj „Hej, magister” Nawet koń się odwróci. Czyli, że magistra w dzisiejszych czasach mają prawie wszyscy. Ok, ale dla mnie było to naprawdę spore wyzwanie. Nie miałam podanych pytań od recenzenta, jak to zdarza się na wielu uczelniach. Miałam pule zagadnień do opanowania i tyle. Już dawno nie przyswajałam tak dużej porcji wiedzy. Nie skończyłam prawa, medycyny czy stomatologii. Nie wymagało się ode mnie aż tyle, ile od studentów takich kierunków. No i przede wszystkim pierwszy raz broniłam pracy bo byłam na studiach jednolitych magisterskich.

Chce podkreślić, że nie byłam w tym czasie sama. Miałam wokół siebie grono bardzo wspierających mnie osób. Pomimo wcześniejszej porażki rodzina i przyjaciele stali przy mnie trzymając mnie za rękę, albo za notatki 😉 Dziękuję! Po raz kolejny chcę wyrazić wdzięczność Paulinie- koleżance z uczelni, która przez ileś dni ślęczała ze mną nad notatkami! Dziękuję Przyjacielowi- Jackowi, który rozładowywał mój stres przed samym egzaminem i wręczał kwiatki zaraz po wyjściu z sali! Bez Was byłoby o wiele trudniej! Relacje z Wami są czymś najcenniejszym, co mam!

Na koniec kilka słów o tym, czego nauczyłam się w całej tej sytuacji, co jest cenniejsze niż sam tytuł. Wiem już teraz, że trzeba zrozumieć to jak działa nasz mózg. Każdy z nas może przeżyć podczas egzaminu tzw „pustkę w głowie”. Trzeba dać sobie przyzwolenie na to, że przez pierwszych kilka minut możemy nic nie pamiętać. Mi pomogło oddychanie! Obniżyłam kortyzol – hormon stresu i po minucie zaczęłam wypisywać na kartce to, co pamiętałam w temacie wylosowanego pytania.

Dwa dni przed egzaminem zaczęłam praktykować tak zwane „pozycje siły”. Robiłam je przed lustrem rano, wieczorem i przed samym egzaminem!  Mówi o nich Amy Cuddy– wybitny psycholog społeczny z Harvardu na platformie TED! Gorąco polecam! Przetestowałam- naprawdę działa 🙂

https://www.ted.com/speakers/amy_cuddy

Bardzo pomogła również wizualizacja. Kilka razy przed egzaminem wyobraziłam sobie siebie podczas obrony. Wszystko po kolei. Jak wchodzę, losuje pytanie, dobrze odpowiadam i wychodzę z pozytywną oceną. Sprawiło to, że byłam bardziej spokojna, bo ja już tam byłam na tej sali dobrych kilka razy 🙂

Zachęcam Was do myślenia nie tylko o tym, żeby przygotowywać się merytorycznie do egzaminu/ rozmowy kwalifikacyjnej, ale również poznać techniki redukcji stresu i pracować nad pewnością siebie! To bardzo ważne!

U mnie już nadeszła wiosna 😉 Tulipanki i gratulacje dostałam jeszcze dzisiaj od mojej Kingi <3

Pozdrawiam,

Psycholog, Szczęściolog- Ola 😉